Aktualizacja: styczeń'18



ZAPOMNIANY KONIEC POLSKI
Sianki nad Negrylowem



AUTOR(ka):


Kasia Turska "Ziellona"
Z wykształcenia etnolog i kroatysta. Z zawodu pilot wycieczek i rezydent. Z zamiłowania: włóczykij wyborowy. Koktajl Mołotowa.


Kilka lat temu na baraku nad Negrylowem wisiała tabliczka "Koniec Świata". Powiesili ją jacyś turyści. Kiedy pojawiłam się tutaj w 1997 w sierpniu, tabliczki już nie było. Ale zostało poczucie innego świata. Zostało to ulotne "coś", wyczuwalne w każdej opuszczonej wiosce, ale zapach granicy dodaje to, co stwarza z tego miejsca jedyne na świecie...

Prawdziwy "koniec świata".
Mieszkańcy Sianek bardzo nie lubią tej nazwy. Chociaż tutaj rzeczywiście wszystko się kończy. czas . Zakazy. Odpowiedzialność. Ale tylko dla nas. Dla drwali znad Negrylowa toczy się tutaj walka o przetrwanie...

Puk- puk- rozległo się delikatnie.
- Oho, turyści.- uśmiechnął się Jasiek- ostatnio ich tu coraz więcej. Ale to dobrze nie nudzi nam się. Może to jakaś dziewczyna?- rozmarzył się, a mnie zastanowiło czy tak samo zareagował, kiedy trzy lata temu do tych samych drzwi rozległo się moje "puk- puk..." Miał szczęście. Już za chwilę drugi z drwali, Zbyszek, wprowadził do kuchni całkiem sympatycznie wyglądającą dziewczynę.
- Przepraszam, czy to jest ten sławny koniec świata?- zapytała. Zgodnie wytrzeszczyliśmy na nią oczy.

- Oglądałaś pewnie ten reportaż - zaśmiał się Zbyszek - Kilka lat temu przyjechała ekipa z Warszawy robić opowieść o jedynym żyjącym tu, na odludziu, człowieku. O Tadku, leśniczym. Jakoś tak się stało, że doszli do niego do chałupy, a opuścili ten nasz barak. A tu przez całą zimę toczyło się życie... pod śniegiem...- zaśmiał się. - mieliśmy zrobione takie okienka w dachu, przez które wychodziło się...- wyraźnie szukał słowa, którego można użyć w towarzystwie pań...-... za potrzebą

Zima na końcu świata

    Trzy miesiące siedzieli za zaspami śnieżnymi, odcięci od świata. Po dwóch tygodniach skończył się chleb i sery. Zostały ogromne ilości mąki, z której robili podpłomyki, i niezliczone ilości konserw.
- Puszek to my nawet nie otwarli- wpadł mu w słowo Jasiek- Było tak zimno, że mięso trzymało się samo: Warstwa trotów, warstwa śniegu, znowu troty i śnieg i jest lepiej niż w lodówce. Na polowanie to my nawet nie wychodzili. Zwierzęta same podchodziły. Przybyło mi tamtej zimy 6 kilogramów. Dopiero w połowie lutego skończyło się wino i wtedy zaczęła się bieda.

Połowa życia "moich" drwali upłynęła w towarzystwie niedźwiedzi, kilku strażników z posterunku Straży Granicznej w Tarnawie i ogromnej ilości wina z jeżyn domowej roboty. Do najbliższego sklepu jest stąd 18 kilometrów, a do przystanku PKS- 26. Dlatego ludzie rzadko tu zaglądają. czasem zbłąkani turyści w poszukiwaniu ciszy i spokoju zajrzą na chwilę do Sianek.
Podziwiają stałych mieszkańców i ...zazdroszczą.

- Nie ma czego.- przekonuje Zbyszek- To ciężka harówa. Wyrąb lasu w dzień, a w nocy... my śpimy, ale strażnicy niekoniecznie... czasem mają akcję, jak nie to... mamy dobre wino- dodaje na wytłumaczenie. W okolicach Negrylowa, w najbardziej na południowy wschód wysuniętym kawałku Polski, znajduje się główny "punkt przerzutowy". Szmugluje się papierosy, broń, ale głównie ludzi, Azjatów, szukających pracy w Niemczech.

Anegdotyczne transporty

    - ... pewnego dnia złapaliśmy transport aż z Chin.- powiedział pan pogranicznik, który przyszedł wieczorem na odwiedziny- Trzeba mieć pecha. Przejść cały Sojuz i zostać złapanym tutaj- o krok od granicy niemieckiej.

Opowiadał również o dziadku, który przeszedł na polską stronę w poszukiwaniu zagubionej kozy. Wszyscy WOP-iści, zamiast szukać uciekinierów, poszukiwali zbiegłego zwierzątka... Podobnych anegdot można opowiadać wiele, wszak rocznie nielegalnie przekracza granicę około pół tysiąca osób, przy czym około 75% zostaje złapanych. Granica pilnowana jest naprawdę świetnie. Każdy krok obserwowany jest przez kilku strażników, a przekonałam się o tym w sposób bardzo prosty, wręcz przyziemny. Będąc następnego dnia na rzadko odwiedzanej połoninie Kińczyka powiedziałam , ot tak sobie:

Niespodzianka w głuszy

    - Miłej pracy, panowie.- Na połoninie byłam sama, mogłam mówić wszystko. Ale taki obrót sprawy nie przyszedł mi na myśl...
- Dzień dobry pani- powiedział strażnik, który pojawił się nagle, rzec by można , u moich stóp. Jak wygląda połonina, chyba nie trzeba tłumaczyć. Trawy, trawy, wszędzie trawy. skąd on się tam wziął i gdzie był schowany, dalibóg nie wiem!!! Wtedy miałam w kieszeni zezwolenie, ale bez zezwolenia taka wyprawa może się skończyć karą w wysokości 500PLN, jeżeli złapie strażnik polski, albo przymusową wizytą na Ukrainie, sprawą karną tamże i odpowiednią karą pieniężną. Szczęśliwy strażnik ukraiński dostaje dwa tygodnie urlopu.
Strażnicy graniczni potrafią nawet zapukać do schronu w środku nocy, żeby sprawdzić tożsamość nocujących tu turystów. czasem wydaje się, że na każdym drzewie mają rozwieszone kamery- tak dokładnie wiedzą ile osób przeszło do grobu Hrabiny...

Corocznie przychodzi tu kilkadziesiąt turystów, aby oglądać mogiły Andrzeja i Klary Stroińskich, ostatnich właścicieli Sianek, oraz resztki dworu, leżące nad potokiem Niedźwiedzim. Zbyszek, choć mieszka tu od kilkunastu lat, na grobie Hrabiny nigdy nie był.
- Bo i po co? Hrabiny już tam dawno nie ma...
Ja jednak poszłam odwiedzić hrabinę. To już taka mała tradycja. Stojąc w tym opuszczonym przez ludzi miejscu, mając pod nogami wijącą się niebieską wstęgę Sanu, aż trudno uwierzyć, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu Sianki były centrum turystycznym. 1500- set mieszkańców oferowało ponad 2000 miejsc noclegowych w "dziesięciu domach letniskowych, sześciu pensjonatach i schronisku PTN"W roku 1937 było tutaj 7 sklepów spożywczych, dziś do najbliższego należy iść 26 kilometrów.. W połowie drogi między schronem, a grobem znajduje się jedyne stanowisko świerka karpackiego- jest to jedno z niewielu miejsc w okolicy, gdzie nie mają wstępu siekiery. Specjalną ochroną otoczone są również torfowiska. Największe znajduje się w Tarnawie (34 ha). Torfowiska wysokie porośnięte są mchami torfowcami, wełnianką pochwowatą, bagnem zwyczajnym i rosiczką okrągłolistną. W rezerwacie "Litmirz" znajduje się jedyne w Polsce stanowisko turzycy bagiennej.

Kolejką przez dolinę Sanu

    W dawnych czasach torfowiska okrążała kolejka wąskotorowa, o której istnieniu często się zapomina. Zwożono nią drewno z Sokolików, gdzie łączyła się ona z normalnotorową koleją w Siankach. Trasa kolejki biegła z Ustrzyk przez Bereżki, Muczne, Tarnawę właśnie do Sokolików. Ze względu na uciążliwe pertraktacje z okolicznymi chłopami, kolejka miała bardzo kręty przebieg i, niekiedy, spadek powyżej 35 stopni, czyli "znacznie przekraczający normatyw". Ów "przekroczony normatyw" powodował liczne wykolejenia, a nawet pojawiały się ofiary śmiertelne.

Po drugiej wojnie światowej mostki zostały mocno zniszczone, także kolejka pokonywała je na wolnych obrotach, a obsługa, łącznie z maszynistą, przechodziła je na piechotę. Stary drwal, do teraz mieszkający w Sokolikach, opowiadał, że każda kolejka miała swój charakterystyczny gwizd i po nim orientowano się z czym i skąd jedzie. Do naszych czasów dotrwały tylko resztki mostu pomiędzy Mucznem, a Tarnawą oraz kawałki nasypu niedaleko Sokolików.

Po drugiej stronie

    Po drugiej stronie mocno dziurawej, ale asfaltowej drogi Muczne- Tarnawa przewija się więcej osób. Jako turyści głównie przyjeżdżają myśliwi, dla których w latach 70-tych został wybudowany gigantyczny hotel w Mucznem, a tereny Dźwiniacza, Łokcia i Tarnawy poprzecinano, też z myślą o wygodzie myśliwych, ogromną ilością betonowych dróżek do dziś straszących swoją brzydotą. W latach późniejszych wybudowano tu dwie myśliwskie chatki, udostępniane również dla turystów: w Dydiowej i pod Obnogą.

Cisza i spokój królują wszędzie, aż w głowie się nie mieści, ze w latach 1921-22, kiedy przeprowadzano tu rejestr ludności mieszkało tu prawie 3000 osób!!! W ramach oczyszczania pasma granicznego wywieziono mieszkańców na Ukrainę, na ziemie Odzyskane. Rozdzielano wsie, sąsiadów, rodziny. Po Bojkach, góralach ruskich, zostały tylko krzyże..., choć Czasami można znaleźć coś więcej...


Przyszłość? Tu jest tylko przeszłość...

    W Bukowcu wytrawne oko wypatrzy ślady potaszni- wytwórni potażu (węglanu potasowego, służącego do wyrobu mydła i stali), w Beniowej obok cmentarza i szopy z wydrapanym na desce napisem w języku ukraińskim "dziękuję za nocleg" stoi również kilkusetletnia lipa, w której cieniu na pewno wylegiwał się jakiś Bojko, pasąc krowy. W okolicach cmentarza w Siankach, w głębokich zaroślach znaleźć można pozostałości pensjonatu, a podobno łóżka, na których śpią turyści w schronie nad Negrylowem pochodzą z tutejszego szpitala sprzed kilkudziesięciu lat...

łąki dolin Górnego Sanu, zniszczone przez wieloletnią gospodarkę leśną i barbarzyńską rekultywację materiałami wybuchowymi, odżywają. Użytkowane jeszcze w latach czterdziestych pola uprawne porosły już krzakami i olszyną. Stare drzewa ustępują pod siekierami drwali, a na ich miejsce leśnicy zasadzają nowe. Zanim jednak młody las wyrośnie, mini wiele lat, a starych drzew do wyrębu starczy na 7, może 8 lat.

Co zrobią wtedy drwale, którzy w schronie nad Negrylowem spędzili 18 lat?
Z dala od ludzi.
Z dala od cywilizacji.
Czy za te kilka lat rozlegnie się ciężkie "puk-puk", które każe im się spakować i wyprowadzić nie wiadomo dokąd?

Wrzesień'1999- Sianki


W temacie:

Krótkie trzy dni
Dolina Górnego Sanu - Bukowiec/Sianki - z cyklu: przewodnik 10+
PO DRUGIEJ STRONIE SANU
Z zezwoleniem w kieszeni - 1999 rok

Komentarz pana Witolda Augustyna:
Zamieszczony komentarz jest autorstwa pana Witolda Augustyna i przedstawia jego punkt widzenia i jego krytykę dotyczącą mojego artykułu Zapomniany koniec Polski. Została zachowana oryginalna pisownia.

Zdenerwowały mnie bardzo Pani oceny i sugestie, że dla myśliwych został wybudowany przeze mnie hotel a drogi przez mojego nieżyjącego juz kolegę Eugeniusza Potaczałę. Dlatego gwoli prawdy napisałem ten komentarz do Pani artykułu. Pozdrawiam Witold Augustyn

"Jako turyści głównie przyjeżdżają myśliwi, dla których w latach 70-tych został wybudowany gigantyczny hotel w Mucznem",- tak pisze Katarzyna Turska w swych wspomnieniach z Bieszczad. Nie wielu z nas żyje tych, którzy budowali Osiedle Robotnicze Muczne. Wybudowali drogi jak pisze Katarzyna Turska ... tereny Dźwiniacza, Łokcia i Tarnawy poprzecinano, też z myślą o wygodzie myśliwych, ogromną ilością betonowych dróżek do dziś straszących swoją brzydotą. Pisanie takich bzdur przez Katarzyne Turska jest obrazą dla bieszczadzkich pionierów, którzy poświęcili swoją młodość, zdrowie, żyjąc i pracując w niewyobrażalnie trudnych warunkach po to, aby tą dziką i zapomniana przez Boga i ludzi krainę przywrócić gospodarce leśnej i turystyce. Też i po to, aby autorka po tych / betonowych???/ drogach w trakcie ich budowy przesyconych ludzkim potem, pęcherzami na dłoniach od łopaty i kilofa, samochodem mogła jeździć

Z tym gigantyzmem hotelu to wielka przesada i z tymi myśliwymi też Budując leśniczówki, gajówki, domy robotnicze, hotele robotnicze, drogi leśne, kolejkę wąskotorowa Nowy Łupkow Moczarne nikt nie myślał o myśliwych. Wszystkie te inwestycje nakierowane były na rozwój gospodarki leśnej. Zaludnienia tej opustoszałej krainy, bo tam potrzeba było osiedlić stałych pracowników.. Owszem myślistwo dewizowe i elitarne rozwijano, ale wyłącznie na terenie Arłamowa. Myślistwo-rozwinięto go dopiero po zmianach ustrojowych, kiedy z tej dziedziny zrobiono wielki biznes.

Do Mucznego pod koniec 1971 przyjechałem wraz załogą budowlaną na gołą trawę z zadaniem wybudowania Osiedla Robotniczego Muczne, osiedla dla drwali i leśników oraz hotelu robotniczego dla robotników leśnych. Hotelami robotniczymi były zawsze drewniane baraki z studnią wyposażoną w korbę i wiadro wygódkami na zewnątrz, W zimie rano z zamarzniętym wiadrem z wodą obok pieca kuchennego... Ten hotel w Mucznym miał być pierwszym w Lasach Państwowych hotelem o wysokim standarcie jak na ówczesne warunki. Ta cześć Bieszczadów w okolicach Mucznego otoczona była niemalże dziewiczymi borami. Kto chodził tam na grzyby to wie, że największą trudności było przekraczanie powalonych ze starości drzew? Setki tysięcy m3 przestarzałych drzew planowano wykorzystać dla gospodarki Narodowej. Po za tym kornik zaatakował lasy powyżej Tarnawy w Sokolikach. To legło u podstaw decyzji o budowie osiedla i dróg i nic innego jak złośliwie myśli autorka

Niszczone przez kornik świerki należało jak najszybciej ze względów sanitarnych wyciąć przetrzeć i tym sposobem uzyskać tarcice potrzebna przede wszystkim budownictwu. Też w tym celu uruchomiłem tartak przewoźny w Sokolikach, gdzie prze 3 lata przecierano zniszczone przez kornika świerki.

Jako ciekawostkę wspomnienie z Bieszczad, chce podać, że w tych Sokolikach tam na wygnaniu pracowali wyłącznie nasi pracownicy, którzy podpadli za alkoholizm i mieli do wyboru dyscyplinarkę albo 6 –mcy czasem więcej pracy w tartaku w Sokolikach. To była taka karna kompania. Pracowali tam w absolutnej trzeźwości, bo dwa razy w m-cu jeździli furmanką do Czarnej po zaopatrzenie i tam tez zaopatrywali się w potrzebna Im ilość alkoholu na dwa tygodnie. Częstowali się już w drodze powrotnej i jak mi mówił kierownik tego tartaku nie było ani jednego przypadku, aby ktoś dowiózł pół litra do Sokolik. Po zakończeniu budowy hotelu w Mucznym poprosiłem leśniczego, aby przeniósł swoich pracowników do hotelu, bo to dla nich został wybudowany. Chyba po moim trupie odpowiedział mi. Ja tych ludzi nigdy tam nie wpuszczę. Z uwagi na poziom kulturowy, jaki prezentowali ci drwale miał rację. Po ich przekwaterowaniu ponownie stwierdziłem, że środowisko kształtuje człowieka. Byłem zaskoczony, że Ci ludzie, którzy w izbach, w których sypiali gotowali i jadali, kloc do rąbania drewna stał na środku izby a na sznurach rozwieszonych pod sufitem stale suszyły się przemoczone potem onuce – po przeprowadzce do hotelu zachowywali się wzorowo. standard Ich ucywilizował, a który wracał do hotelu pijany to w obawie, aby Go nie wyrzucono i pozbawiono luksusu sypiał w kotłowni na węglu.

A co się po ty z ty wszystkim stało? Może kiedyś opowiem

Witold Augustyn